Dziś nadajemy z obowiązkowego dla każdego podróżnika albo turysty miejsca, czyli z McDonalda. Co ciekawe pierwszy szwedzki "mak" okazał się być masakrycznie brudny. Podłoga się lepi, wokół porozrzucane są frytki i śmieci, pracownicy się nie garną do sprzątania, a mopa ze świecą tu szukać. Bart zafascynował się mechanizmem nalewaka do keczupu:) Wciągnęliśmy już po trzy szwedzkie hamburgery z bekonem i możemy do Was napisać kilka słów.
Noc minęła nam ok, choć było dosyć chłodno i spaliśmy szczelnie opatuleni śpiworami, dosłownie od stóp do głów. A dziś po raz pierwszy próbowaliśmy złapać stopa. Chcieliśmy w ten sposób dojechać do centrum Karlsrony. Próba była nieudana, bo większość przejeżdżających obok nas samochodów, to były kampery. Niezniechęceni doczłapaliśmy się do przystanku i autobusem dojechaliśmy do miasta. Cały dzisiejszy dzień spacerowaliśmy po Karlskronie. Zwiedziliśmy rynek, który ma aż 2 ha powierzchni i jest największy w Szwecji. Zobaczyliśmy między innymi kilka kościołów luterańskich, mini-skansen, a potem 3,5 godziny spędziliśmy w Marinmuseum, czyli Muzeum Marynarki wojennej. Co ciekawe do muzeum weszliśmy całkowicie za FRIKO!:):):) Normalnie bilet kosztuje 90 koron, czyli jakieś 42 zł od łebka. Tymczasem, gdy my niespiesznym krokiem zbliżaliśmy się do budynku muzeum, podeszła do nas para starszych ludzi. On wyciągnął w naszym kierunku rękę i coś mruknął po szwedzku. Sisi zastygła zaszokowana, a Bart sięgnął po to, co mężczyzna miał w dłoni. To były dwa bilety do muzeum!:):):) Sisi wciąż stała jak zahipnotyzowana, nieogarniając sytuacji, a Bart zaczął krzyczeć za szwedzką parką "thenk ju, thenk ju". Do tej pory nie wiemy, co się wydarzyło:) Ale już lubimy Szwedów:) A muzeum polecamy:) Bart ćwiczył chodzenie na linie, podziwiał Szwedki (za co oberwał kuksańca od Sisi;)) i przymierzał różne nakrycia głowy. Sisi wylegiwała się na hamaku w łodzi podwodnej i prowadziła rozmowy telefoniczne z pokładu trałowca (*okręt do oczyszczania akwenów z min).
Mała refleksja Sisi i Barta:
Większość ludzi, którzy zaczynają być parą, starają się pokazać od jak najlepszej strony. Wystrojeni, wymuskani, pachnący. Nie puszczają gazów, nie plują, nie sikają, nie chodzą na "dwójkę". Idealni. Tymczasem my po dwóch miesiącach bycia parą pojechaliśmy ze sobą w podróż dookoła kulki. Często może zdarzać się, że nie będziemy myć zębów i całować się ze zdechłym buziowym kapciem, zostaniemy zawodowymi brudakami z braku prysznica lub choćby kranu, będziemy przy sobie pluć, kaszleć i sikać. Ale dla nas właśnie to, jest idealnym początkiem związku:):):)
Z dialogów Sisi i Barta:
W kościele luterańskim.
Bart: A co to są za kolorowe piłki?
Sisi: Jakie piłki?
Bart: No, tam z tyłu, te kolorowe.
Sisi: Różaniec (Sisi dławi się ze śmiechu, próbując nie wybuchnąć pośród kościelnej ciszy)
Kilka słów o tubylcach:
* Kobiety mają niską barwę głosu (Bart mówi, że po prostu gadają jak faceci),
* Wszyscy na Twój widok szczerzą się jak łysy do sera,
* 90% to blondyni o niebieskich oczach,
* Bardzo ekologiczni. Za zwrot każdej plastikowej butelki, dostaje się pieniądze.
*W sklepach i autobusach mają fajne machiny do wydawania reszty, które same wyrzucają z siebie odpowiednią kwotę.
Jutro ostatni dzień w Karlskronie, a potem ruszamy w kierunku Malmo:)